Przyszedł wreszcie czas na moją pierwszą zagraniczną wyprawę motocyklową. Owszem wcześniej byłem na kilku wyprawach motocyklem ale po Polsce. Byłem na wyprawach zagranicznych ale skuterami 125cc. Tak się więc ułożyło, że 2024 miał się dla mnie stać rokiem 2 dużych eskapad. Obu na Bałkany, do których od lat przekonywał mnie Pyra. Plan pojawił się rok wcześniej. Pyra rzucił w grupie termin, wstępny zarys trasy.
Zgłosiłem chęć udziału choć tak naprawdę wtedy nie miałem jeszcze pojęcia dokąd jadę i jak to jest podróżować tak daleko 20 letnim motocyklem… Pomyślałem tylko, że Trampek jest światu znany od kilku dekad. Części do niego są dostępne praktycznie wszędzie a jeśli nie to to jest sprzęt, który można naprawić prowizorycznie na poboczy i dojechać tak spokojnie do domu. A z resztą po co mi ten motocykl jeśli nie do takich właśnie wypraw?
Termin wyprawy ustaliliśmy na wrzesień. Cel – Kosowo. Chcemy tam dojechać zaliczając jeszcze między innymi. Bośnię, Serbię, Czarnogórę. Plan przewiduje 8 dniowy trip z jednym dniem w zapasie w razie W. Na przełomie maja i czerwca zaliczamy skuterową wyprawę na Bałkany z naciskiem na Bośnię i Hercegowinę. Dzięki temu zapoznaję się z regionem, jego kulturą, jedzeniem, ludźmi, drogami itd. Zakochuję się natychmiast. Ta część świata wygląda po prostu pięknie. Tym bardziej cieszę się, że ponownie zawitam do Mostaru. Przepięknego miasta w Bośni pamiętającego jeszcze czasy Cesarstwa Rzymskiego czy czasy Osmańskie.
Na kilka miesięcy przed startem klaruje się ekipa. Jedzie Pyra, Ja, Bracia B (Wojtek i Piotrek) oraz dołącza do nas Mariusz. Jak się okazuje wielki entuzjasta podróżowania. Mario od lat jest w ekipie ale różne perypetie rzuciły go najpierw za granicę a później na pomorze. W tym czasie też miał przerwę od motocykli. Teraz wrócił, zaliczył z nami TET na pożyczonym Benelli TRK 502X i ponownie wsiąkł w motocykle.
Jakoś na miesiąc przed startem zaczynamy ogarniać sprzęt. Pyra kreśli dokładniejszą trasę, instruuje co powinniśmy zabrać, co przygotować. Trampek nie wymaga specjalnej uwagi. Olej, filtr, przeserwisowanie tylnego zacisku. Robimy to z Pyrą na spokojnie w jedno popołudnie. Reszta sprzętu to KTM 990 Adventure R Pyry, który przechodzi gruntowny serwis z zawieszeniem włącznie, Suzuki Freewind Piotrka, dla którego to w ogóle pierwsza wyprawa na moto) i Triumph Tiger 800 X Wojtka, który też zostaje poddany czynnościom serwisowym. Po raz pierwszy od bardzo dawna sprzęt mamy gotowy na długo przed startem! Oczywiście nie ma że wszystko przejdzie gładko… Na 1,5 tygodnia przed startem przypominam sobie, że Dowód Rejestracyjny Trampka jest pełny. Nie było miejsca na wpisanie przeglądu ostatniego. Przy wyjeździe zagranicznym nie przejdzie. Pędzę więc do Urzędu i załatwiam dowód tymczasowy. To wystarczy żeby bez problemów przekraczać granice.
CZAS START
Startujemy w piątek 13 zaraz po pracy. Od tygodnia ostrzegają w mediach o powodziach. Wątpliwości mamy spore ale w końcu ustalamy, że nie ma co kombinować. Gwarancji pogody w innych terminach też nie ma. W piątek w Świebodzicach leje jak z cebra. Tuż przed startem do garażu przyjeżdżają dziewczyny i próbują nas namówić na przesunięcie startu. Jesteśmy jednak twardzi. Jak wyprawa to wyprawa. Ruszamy!
Kierujemy się na Boboszów czyli lecimy centralnie przez Kotlinę Kłodzką. Leje całą drogę i już w okolicach Boboszowa czuję, że buty poddały się ulewie. Reszta w miarę OK. Rękawiczki wiadomo przemoknięte ale grzane manetki jakoś łagodzą ten stan. Wraz z deszczem spada mocno temperatura. Jest zimno! W Boboszowie zatrzymujemy się na kawę i tankowanie. Pracownicy stacji odkrywają, że dach zaczyna im przeciekać od tej ulewy. W Kotlinie Kłodzkiej na razie nic nie wskazuje tego, co nadeszło tu kilka dni później. Rzeki z lekko podniesionym stanem, mosty i drogi przejezdne w 100%. Naszym dzisiejszym celem jest Bratysława. Pyra wynalazł tam nocleg w szklarni ;).
Słowację traktujemy iście tranzytowo. Po prostu lecimy do celu. Leje non stop. W okolicach Bratysławy rozkręca się konkretna ulewa. Wieje, leje i robi się ciemno. Przed wyjazdem zamontowałem na szybkę nowy Pin-lock. To rozwiązanie sprawdzało mi się zawsze podczas deszczu. Tak też jest i tym razem. Niemal cały dzień w ulewach a szybka nie zaparowana. Jednak nawet i to poddaje się w Bratysławie. Deszcz, neony, reflektory innych aut powodują, że nie widzę absolutnie NIC (to znaczy tak mi się wydaje, bo później wyjdzie, że mogę widzieć jeszcze mniej ale nie wyprzedzajmy faktów). Jadę więc z otwartą szybką. Przemoczony już ewidentnie doszczętnie. Suche są tylko nogi do kolan, tułów, plecy i gacie. Reszta pływa.
We wspomnianej szklarni (Rastlinki) meldujemy się kilka minut przed 21:30. Zmęczeni, przemoczeni ale szczęśliwi. Miejsce ma niepowtarzalny klimat. To faktycznie szklarnia, w której nadal uprawiają warzywa ale jej część została zabudowana zadaszonymi boksami. W środku czysto, ciepło i przyjemnie. Parkujemy więc motocykle, rozpakowujemy sprzęt i zrzucamy przemoczone ciuchy. W ruch idą też suszarki. Przed jutrem chcemy choć trochę poprawić stan butów, kasków czy ubrań. Przebieramy się w coś suchego, wyciągamy napój rozgrzewający o właściwościach ułatwiających prowadzenie dyskusji i siadamy do kolacji. Opowiadamy sobie wrażenia z jazdy, planujemy trasę na jutro i zastanawiamy się co będzie z pogodą.
DZIEŃ DRUGI - DO SERBII
Poranek wita nas wiatrem ale póki co nie pada. Dzisiejszym celem jest Serbia. To będzie mój pierwszy raz w tym kraju. Zanim jednak Serbia przelecimy przez Węgry. Nic specjalnego. Zwykły tranzyt. Po wjechaniu na węgierskie terytorium zaopatrujemy się w winiety (opcja na 10 dni, bo będziemy tędy wracać a taka opcja kupienia od razu jest po prostu bardziej opłacalna). Pierwszą połowę dnia jedziemy we względnej pogodzie. Gdzieś na autostradzie na Węgrzech Piotrek przekazuje mi na uchu, że musi się zatrzymać i poprawić kominiarkę, bo „minęła granicę brwi” :D i mówi żebyśmy jechali a on nas dogoni. Zjeżdża, odprowadzam go wzrokiem, spoglądam na prędkościomierz . Lecę jakieś 130 km/h i nagle wskazówka spada na zero. Ale ja nie zwalniam… Przez ułamek sekundy tylko zastanawiam się co się stało. Ale szybko sobie odpowiadam – słynny napęd prędkościomierza. Plastikowa koronka po której skacze linka właśnie wyzionęła ducha. Tracę informację o prędkości oraz przejechanych kilometrach. Nic wielkiego… Na kolejnym postoju odpalam nawigację z telefonu i tym samym odzyskuję ifo o prędkości. Wskaźnik paliwa działa nadal wiem kiedy mniej więcej minęło 150 km. Można jechać. BTW świetnym patentem na zabezpieczenie telefonu przed deszczem okazuje się woreczek strunowy. Polecam. Przetrwało cały tydzień.

Serbia wita nas deszczem. Znowu leje jak pierwszego dnia. Jedyną różnicą jest fakt, że pojawia się porywisty boczny wiatr. Jeśli podróżowaliście kiedyś w takich warunkach motocyklem wiecie co to oznacza. Wszyscy jedziemy w mocnym bocznym pochyleniu. Każdy mijany TIR przysparza nam niezapomnianych wrażeń. Na szczęście cały dystans przejeżdżamy bez żadnej przygody. Po zjechaniu z tras szybkiego ruchu deszcz się uspokaja, wiatr znika i robi się dużo przyjemniej. Do tego przy zachodzie słońca zaczynają pojawiać się ciekawe widoczki i tunele wydrążone w skałach. Zaczyna się to, po co tu przyjechaliśmy.
Zatrzymujemy się na stacji, pijemy kawkę i w międzyczasie organizujemy sobie nocleg. Nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem czegoś odpowiedniego. Do miejscowości Kokin Brod dolatujemy dobrze po 22. Żeby dojechać na miejsce trzeba zjechać z asfaltu i szutróweczką pod górkę podjechać pod dom. Dla naszych sprzętów to żadne wyzwanie więc spokojnie dojeżdżamy. Początkowo mylimy domy. Pyra na nawrocie zalicza klasycznego paciaka. Pierwsza gleba i to Kierownik! Podbiegam do niego, dźwigamy tę wielką kozę. Na szczęście kompletnie nic się nie stało. Po wejściu do domu działają już piecyki, które dają nadzieję na wysuszenie sprzętu. Opłacamy pobyt (opcja tylko gotówka, Euro bez problemów), rozpakowujemy mandżur i siadamy na kolejne „Nocne Polaków Rozmowy”. Jutro chcemy dojechać do Kosowa. Wydaje się proste ale ze względu na tarcia między Serbią a Kosowem przekraczanie granicy Serbsko Kosowskiej może być problematyczne. Więc żeby uniknąć problemów polecimy najpierw do Czarnogóry a dopiero stamtąd do Kosowa a konkretnie stolicy – Prisztiny.
DZIEŃ TRZECI - KIERUNEK KOSOVO!

Poranek wita nas brakiem deszczu! Kąpiel, śniadanie, pakowanie i dopiero około 11:20 ruszamy w trasę. Piotrek cały wieczór i cały poranek myśli o szutrowej drodze i bardzo stromym wyjeździe na drogę. Dodatkowo wyjazd jest na samym zakręcie… Obawy jednak okazują się zupełnie bezpodstawne, bo pokonuje ten odcinek jako pierwszy niczym zawodowiec. Lecimy po Serbii. Zatrzymujemy się przy sklepie spożywczym żeby zaopatrzyć się w napoje. I tu drugi paciak. Zsiadając z maszyny Piotrek nie do końca rozkłada nóżkę. Ferdek leci na glebę. Nic się nie stało ale oczywiście umieramy ze śmiechu ;).
Droga przez Serbię prowadzi bocznymi dróżkami. Mamy szczęście, bo na początku nie pada. Widoki to tak jakbyśmy przenieśli się do lat 80/90 na polską wieś. Krowy, Konie, psy i liczne gospodarstwa. Krowy kilkukrotnie po prostu idą drogą! W jednym z przypadków Piotrek mija stado, ja dojeżdżam i jedna z krów zaczyna wierzgać tak, że już widzę jak lecę z motocykla! No adrenalina podniosła mi się niemal natychmiast . Na szczęście poczciwa Mućka nie trafia i wszyscy przelatujemy bezpiecznie. Chwilę później wraca nasz przyjaciel – deszcz. Wskakujemy w kubraczki, tankowanie i kierujemy się do granicy z Czarnogórą. Dolatujemy tam chwilę przed 15:00. Kontrola paszportów, dokumenty od motocykla i lecimy dalej. Wyjeżdżam spod zadaszenia i nie wierzę! Jakby deszczu było mało – teraz zaczyna padać deszcz ze śniegiem!
Obiad zjadamy w restauracji przy stacji benzynowej. Jadąc tu po drodze mijamy kilkukrotnie bezpańskie porzucone, wychudzone psy. Bardzo przejmujący i przykry obrazek. Mijaliśmy nawet grupkę 5 szczeniaków siedzących na pniu przy drodze. W Serbii to wyraźnie problem. Na samej stacji też jest pies – szczeniaczek. Co chwilę podchodzi i zaczepia klientów. Pracownik stacji odgania go kopniakami! Chyba zrozumiał moje intencje kiedy głośno po polsku skomentowałem co robi… Przejazd przez Czarnogórę nie trwa długo. Syci nas jednak pięknymi widokami no i wspomnianym jedzeniem ;)
Na granicy z Kosowem jesteśmy jakoś w okolicach 17:00. Tu procedura wygląda inaczej niż wszędzie indziej. Po pierwsze po kontroli w Czarnogórze opuszczasz ten kraj i wjeżdżasz na pas ziemi niczyjej. Do granicy z Kosowa jest niezły kawałek. Po drugie po dojechaniu do granicy Kosowa tuż przed nią jest budka, w której Pan sprzedaje Zieloną Kartę do tego kraju. Bez tego nie ma wjazdu a polscy ubezpieczyciele nie oferują zielonej karty na Kosowo. Procedura więc chwilę trwa. Ale przechodzimy ją gładko. Pogranicznik wyraźnie zaciekawiony nami pyta gdzie jedziemy itd.
Kosowo przywitało nas bardzo niską temperaturą oraz oczywiście deszczem. Na szczęście trochę zelżał. Aaaa, mój nowiutki pinlock, po potraktowaniu kasku suszarką nadawał się tylko do śmieci… Więc cieszę się, że nie leje, bo mogę odchylić szybkę i zyskać trochę widoczności ;). Droga prowadzi po górach. Dojeżdżając do Kosowa wspinaliśmy się na szczyt teraz zjeżdżamy w dół. Prędkość mam żadną, bo warunki są trudne. Chłopaki polecieli już przodem i zapewne czekają na mnie gdzieś na dole. Jadę spokojnie górskimi zakrętami. Na jednym z nich czuję jak ucieka mi tylne koło. Pcha mnie do zewnątrz drogi w barierkę, za którą jest przepaść! Wciskam hamulec motocykl zwalnia. Żeby nie zgasł wciskam sprzęgło i zjawisko się nasila. Rozumiejąc co się dzieje hamuję jeszcze raz już bez sprzęgła i w ostatnim momencie delikatnie dodaję gazu. Trampek odzyskuje przyczepność i mijamy barierkę na milimetry. Jestem blady jak ściana. Ręce mi się trzęsą jak galareta. Zjeżdżam na bok żeby ochłonąć chwilę. Krótko później doganiam czekających na mnie chłopaków. Opowiadam im co się wydarzyło. Góry za nami!
W drodze do Prisztiny przelatujemy między innymi przez miejscowość Peć. Tutaj Piotrek traci przyczepność w korku i przewraca się na motocyklu. Ruch jest bardzo duży, wszędzie korki. Na pomoc wybiegają mu kierowcy i pomagają podnieść motocykl. Najprawdopodobniej zawiniły białe linie oddzielające pasy. Szybka ocena strat. Oprócz chwili strachu i wygiętej dźwignie hamulca nożnego nie stało się nic. Piotrek też cały. Jedziemy dalej.
W okolicach Prisztiny robi się ciemno. Oczywiście wrócił deszcz i leje w najlepsze. Ruch jak w Rzymie. Setki aut wjeżdżają i wyjeżdżają ze stolicy. Gubimy się na jednym ze zjazdów i przez to wspólnie z Wojtkiem nadkładamy jakieś 20km. Wracamy wspólnie na odpowiednią drogę. Jest ciemno jak w d… jak w norze borsuczej. Pamiętacie jak wspominałem, że w Bratysławie nie widzę nic? To przed Prisztiną jest 2x gorzej! Mam otwartą szybkę, leje deszcz, auta zasuwają drogą w trzech rzędach a nie widać niczego! Na barierkach zero odblasków, lamp brak, linii oddzielających pasów nie widać. Zastanawiam się przez chwilę czy światła w Trampku na pewno działają.
Jestem naprawdę przerażony. Klnę głośno kiedy mijająca mnie ciężarówka wlewa mi wody przez otwartą szybkę kasku. Dojeżdża do mnie Wojtek i krzyczy: Ja pierdolę! Widzisz cokolwiek?! Co to jest kurwa za droga?! Już wiem, że tu po prostu tak jest i z moimi światłami jest raczej wszystko OK. Pod hotel docieramy kilka minut przed 20:00. Obsługa bardzo miła. Parking przed samiutkim hotelem będzie specjalnie dla nas strzeżony przez pracowników hotelu. Meldujemy się i lokujemy w pokojach. Rozkładamy przemoczone ciuchy tak, żeby do jutra miały szansę przeschnąć. No i ogarniamy się do wyjścia. Jest wieczór, my zmęczeni, głodni a tematów do rozmowy po dzisiejszym dniu też nie brakuje ;).
Obsługa hotelu wskazuje nam restaurację wartą uwagi tu niedaleko hotelu. Znajdujemy dość łatwo niestety obsługa informuje nas, że na dzisiaj kończą, bo wszystko wyszło. Szukamy dalej. Trafiamy ostatecznie do pizzerii gdzie zamawiamy kilka placków i ucinamy sobie pogawędkę z pracownikami. Chłopaki zasuwają jak mrówki. Jeden z nich kiedy tylko rozwiezie zamówienia wskakuje za bar i pomaga drugiemu przygotowywać kolejną partię popularnych placków. Gadamy sobie o motocyklach, skuterach. Informuję chłopaków o naszych skuterowych podróżach. Są w lekkim szoku ale chyba nie dowierzają. Odpalam więc zdjęcia z ostatniej wyprawy. No i trafiony. :D Chłopaki od razu się otwierają. Chwilę gadamy o tym ile razy w ciągu roku serwisują skuter. Wychodzi, że średnio 6 razy w roku skuter wymaga już wymiany oleju. W Kosowie jest też problem z serwisem gwarancyjnym. Trochę gadamy o ruchu drogowym i stosunku kierowców do jednośladów. Jest tak jak u nas kilkanaście lat temu. Kultura dopiero się buduje. Kurier wypytuje nas o pracę, koszty utrzymania w Europie itd. Opowiada nam, że aby żyć i opłacać rachunki za siebie zasuwa w tej pizzerii 15h na dobę. 15!
Problemy Kosowa i wyzwania Państwa widać gołym okiem. Drogi, z którymi walczyliśmy dzisiaj w deszczu nie były konserwowane/odświeżane od lat. Elektryka – kable jak w filmach o China Town wiszą wszędzie nad głowami. Śmieci – wszędzie. Podobnie jak niezliczone ilości bezpańskich psów.
Kosowianie nadrabiają uśmiechami i nastawieniem do turystów. Wiedzą, że turystyka to jedna z ich nadziei na lepsze jutro. Co ciekawe w pizzerii dowiadujemy się też o dużej sympatii Kosowian do Amerykanów. Wynika ona oczywiście z faktu, że USA uznały Kosowo jako osobne Państwo. Odbieramy placki, w międzyczasie chłopaki robią zakupy w lokalnym sklepie (atrybuty ułatwiające prowadzenie wieczornej rozmowy) i wracamy do hotelu. Siadamy, jemy i dyskutujemy o dzisiejszym dniu. Krótko później padamy wszyscy ze zmęczenia.
DZIEŃ CZWARTY - MACEDONIA (tak nam się wydaje)
Poranek to szybkie ogarnięcie siebie, śniadanie w hotelu i pakowanie mandżuru. Ruszamy jakoś po godzinie 9:00. Dzisiaj chcemy uciec z Prisztiny jak najszybciej i wjechać na górską drogę prowadzącą na granicę z Macedonią. Specjalnie jeszcze sprawdzamy trasy, synchronizujemy się i ruszamy. Jazda przez stolicę Kosowa to… wrażenie jedyny w swoim rodzaju. Wydaje mi się, że jazda po rondach ma tu jakieś inne zasady. Każdy przeskakuje z pasa na pas. Żadnego informowania kierunkowskazami, zjeżdżanie z ronda ze środkowego pasa itd. Efekt – na KAŻDYM rondzie jest jakaś stłuczka.
Jakoś przedzieramy się przez korki. Grupa się mocno rozciąga. W efekcie gubimy się. Ale spokojnie – każdy ma wbitą trasę powinno być więc OK. Lecę wylotówką i trasa prowadzi mnie na autostradę. Już wiem, że coś się w nawigacji poprzestawiało, bo pamiętam jak Pyra mówił, że omijamy autostrady. Mniej więcej w tym momencie zauważam też, że mój telefon przestał się ładować. Więc albo padł telefon albo coś się dzieje z elektryką w Trampku. Zjeżdżam na parking przy jakiejś stacji benzynowej. Zaczynam sprawdzać co się dzieje. W tym momencie dzwoni Pyra. Mówi, że stoją z Mariuszem i czekają na resztę. Pytam:

- Gdzie stoicie?
- Na wylocie przy zielonej stacji obok Burger Kinga.
- Cholera to ja tu jestem! To gdzie Wy stoicie?
- Co? Czekaj…
Chwilę próbujemy się złapać w końcu Pyra wysyła mi pinezkę. Są w zupełnie innym miejscu choć przy stacji tej samej marki i z Burger Kingiem obok J. Ruszam do nich. Docieram tam jakieś 10 minut później. Panowie czekają na mnie z kawką. Zaczynamy sprawdzać elektrykę. Zaczyna być jasne, że to nie wina telefonu. Oprócz ładowarki mam też gniazdo zapalniczki. Na stacji kupuję szybko stosowną ładowarkę. Nic. Tu też zero reakcji. No to idziemy dalej. Zdejmuję siedzenie i szybko znajduję przyczynę. Jeden z kabli prowadzących do bezpiecznika postanowił wyskoczyć z konrktorka. Usterkę usuwamy w kolejne 5 minut. Dla pewności zakładamy nowy bezpiecznik. I tyle. Trampek gotowy do dalszej jazdy. Piotrka i Wojtka łapiemy kilka kilometrów dalej na kolejnej stacji. Tankujemy motocykle… No właśnie. Pierwszy raz w Kosowie. Tu obowiązuje jakaś dziwna procedura. Dystrybutor nie uruchomi się do póki pracownik stacji nie podejdzie i nie przyłoży jakiejś specjalnej karty. Później tankowanie i już normalnie opłata. Wyglądało to tak jakby paliwo było reglamentowane?
Z Prisztiny wylatujemy na górskie drogi. Pogoda dzisiejszego poranka się przetarła i jest naprawdę ładnie. Świeci słońce, jest trochę chłodno ale przyjemnie. Zaczyna się zabawa na zakrętach. Ja chyba pierwszy raz na tej wyprawie popełniam jakieś fotki ;). Kierujemy się na granicę z Macedonią. Gdzieś za ostatnią miejscowością (górska wieś Restelica) zatrzymuje mnie auto. Czesi jadą w przeciwnym kierunku. Informują nas, że najprawdopodobniej nie przekroczymy granicy w tamtym miejscu. Mimo, że Google i mapy nic o tym nie mówią. Postanawiamy spróbować. Szczególnie, że sama trasa jest niesamowita. Górska kręta droga z niesamowitymi widokami. Apropos. Ta ostatnia wieś. Wspinając się przez nią pod górę zastanawiałem się jak ci ludzie tu w zimie dają radę. Podjazdy „pionowo” do góry, zakręty, kostka… Na niebie pojawiły się chmury a mnie przeszła myśl „żebyśmy tylko nie musieli tędy wracać w deszczu, bo będzie Armagedon”.
Po serii kolejnych zakrętów asfalt się kończy. Zaczyna się lekki off road. Nic specjalnego polna droga z kamieniami i kilkoma kałużami. Oczywiście powoli zaczyna coś siąpić… Dojeżdżamy w miejsce gdzie powinno być przejście. Na miejscu dwa auta. Z jednego z nich wysiada strażnik z długą bronią. Podchodzi i pyta gdzie chcemy jechać. My, że tam do Macedonii. Naco Pan strażnik: Jeśli nie macie paszportu Kosowa lub Macedonii tutaj nie przekroczycie granicy. Musicie zawracać. I klops…

Chwilę myślimy co zrobić. Pyra wpada na pomysł żeby wjechać do Albanii w okolice Kukes. I z Albanii wjechać do Macedonii. To tylko trochę zaburzy nam plan ale wciąż jest szansa na zobaczenie tego, co chcieliśmy. W tym momencie jeszcze nie wiemy czym przywita nas Albania. Ruszamy w drogę powrotną. Deszcz pada coraz mocniej ale większość z nas ma go już tak dość, że nawet nie sięgamy po przeciwdeszczówki. Odcinek offroadowy i następujące po nim zakręty pokonujemy bez problemów. Zabawa zaczyna się we wsi Restelica. Te pionowe podjazdy teraz są mokrymi śliskimi zjazdami. Piotrek doświadcza tego jako pierwszy. Łapie uślizg koła i przewraca się. Ja jadąc za nim próbuję się zatrzymać ale czuję, że i mnie zaczyna stawiać bokiem.
Piotrek rzuca tylko: Jedź! Nie zatrzymuj się tu. Jest OK. Więc odpuszczam, wyprowadzam sprzęt z uślizgu i jadę dać znać tym z przodu żeby poczekali chwilę. Za nami jedzie jeszcze Pyra więc jak będzie potrzeba – pozbiera Piotrka. Dopadam Wojtka i Mariusza. Mówię co się stało. Po chwili dolatuje do nas Pyra i Piotrek. Piotrek cały. Oprócz zgiętej dźwigni zmiany biegów z motocyklem też nie stało się nic wielkiego. Na szczęście! Choć morale trochę siadło… Stoimy chwilę i ruszamy powoli do przodu. Z wiadomych względów w takich glebach nie ma nic przyjemnego. Po czasie wyciągniesz z tego wnioski i wyjdzie Ci to na lepsze ale w tym konkretnym momencie… Tracisz nieco zaufanie do możliwości maszyny/opon, do swoich umiejętności. Jeśli dołożyć do tego fakt, że jest zimno i od kilku dni non stop leje – no morale za wysokie nie jest.
Gdzieś w okolicach godziny 16:00 zatrzymujemy się przed granicą Macedońską niedaleko miejscowości Vermica. Jemy obiad i dyskutujemy co się działo w trasie. Kilkukrotnie na drodze mijaliśmy stada krów, widoczki w górach były niesamowite. Po deszczu na szczęście też nie ma już śladu. Świeci słońce, jest bardzo przyjemnie. Jedzenie to typowo bałkańskie specjały. Wszystko pyszne!
Granicę przekraczamy chwilę później. Jesteśmy w Albanii!!! A zupełnie nie planowaliśmy tu być ;). Zaczynamy szukanie miejsca na nocleg. Początkowo znajdujemy miejsce w hotelu w Kukes. Pyra dokonuje rezerwacji na Bookingu i ruszamy. Dojeżdżając na miejsce zauważam zaparkowaną siostrę mojej Delmy! Pierwszy raz na żywo widzę Daelim History 125cc inne niż moje ;). Docieramy do hotelu. Tu okazuje się, że jest problem z rezerwacją. Hotel nie ma miejsc. Chwilę szukamy czegoś nowego. Znajdujemy camping nad jeziorem. Jeden pokój dla całej naszej piątki położony nad samym jeziorem. Camping Panorama Bushat nazywa się to miejsce. I nawigacja prowadzi nas kompletnie w pole. Jakby na drugą stronę jeziora. Łapiemy jakichś lokalsów, którzy pomagają nam znaleźć właściwą lokalizację.
Na miejscu właściciele witają nas serdecznie, zamawiamy piwko, śniadanie na rano i zaczynamy się lokować w pokoju. Jesteśmy dzisiaj mocno zmęczeni. Zamieszanie na granicy, przygoda w górskiej wiosce, trasa. Wszystko powoduje, że padamy powoli na twarz.
Oczywiście po chwili na regenerację zasiadamy do niewielkiej wieczornej biesiado-kolacji ;) Dosiada się do nas starszy Pan z Niemiec podróżujący camperem do Grecji (w ogóle spotkaliśmy kilka osób jadących w tamtym kierunku przez Albanię i Macedonię). Pan pochodzi z miejscowości Freiburg. Co ciekawe – Świebodzice (nasze rodzinne miasto) w czasach kiedy Dolny Śląsk był częścią Niemiec właśnie tak się nazywały ;). Świetne są te rozmowy w podróży. Ludzie z kompletnie różnych
światów, kompletnie różnym wieku a mamy wspólne tematy. Pan z campera sporą część życia przejechał motocyklem. Sporo podróżował więc tamatów było aż nadto.
DZIEŃ PIĄTY - MACEDONIA
Ranek to szybkie śniadanie a tuż przed nim pakowanie sprzętu i lekki serwis maszyn. Dźwignia zmiany biegów w Piotrkowym FreeWindzie wymagała prostowania. Udało się jednak tego dokonać praktycznie bez żadnych narzędzi. Sprzęt jak nowy ;) Można jechać. W Trampku naciągam nieco łańcuch i smaruję go. Musimy dzisiaj wyjechać wcześnie. Pyra przemodelował trasę żeby była okazja polatać po Albańskich drogach a chcemy jeszcze dojechać do macedońskiej Ochrydy. Tym razem chcemy tam dotrzeć za dnia żeby był czas jeszcze coś zobaczyć .
Ruszamy krótko przed godziną 9:00. Czas jest bardzo dobry. Dosłownie pół godziny później lecimy krętymi górskimi drogami. Widoki są niesamowite! Do tego piękna pogoda, słoneczko. No raj! Trasa wspina się agrafkami do góry. Lewo, prawo, lewo itd. Można się zakręcić ;) Mijamy się z innymi motocyklistami na trasie. To chyba pierwszy raz kiedy widzimy innych motocyklistów podczas tej wyprawy (nikt o zdrowych zmysłach pewnie nie jeździł w tych ulewach ;)). Tego dnia powstaje najwięcej materiałów video z tego wypadu. Bawimy się świetnie. Co chwilę ktoś ucieka do przodu i zatrzymuje się aby w ciekawym miejscu sfilmować resztę ekipy. Do mnie w tym momencie dotarło dlaczego Pyrze tak zaświeciły się oczy w Kosowie kiedy powiedział, że polecimy obok Kukes w Albanii. Ten odcinek trasy powinien zaliczyć każdy motocyklista. Jest niesamowicie!
Krótko przed godziną 11:00 zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Małej lokalnej stacji, na której Pan tankuje Ci motocykl, płatność jest tylko gotówką itd. Niedługo później przekraczamy granicę z Macedonią Północną! Kierujemy się najpierw nad jezioro Mawrowo (było w naszym pierwotnym planie). Jako pierwsza miejscowość po przekroczeniu granicy mamy miasto Debar położone również nad pięknym jeziorem. Nie mamy jednak czasu przyglądać się bliżej walorom turystycznym – czas nas nieco goni a dodatkowo chcemy wykorzystać fakt, że pogoda wreszcie nam sprzyja! Zatrzymujemy się jedynie na stacji benzynowej na szybką kawę. Prostujemy kręgosłupy i jesteśmy świadkami bardzo dziwnego zjawiska. Jesteśmy w Macedonii. Chwilę temu w Albanii mijaliśmy tuziny startych, dobrze utrzymanych Mercedesów wszelkiej maści. Albańczycy uwielbiają te auta zwłaszcza na taxi (podobnie jak u nas w latach 90’). W Macedonii na stacjach paliw w miejscowościach przygranicznych przy jednym lub kilku dystrybutorach zlokalizowane są takie mini najazdy. Stoimy i zastanawiamy się po co to jest. I w tej chwili samo się nam to wyjaśnia. Na stację wjeżdżają dwa Merce na albańskich blachach. Kierowcy najeżdżają na ten „najazd” tylnym kołem od strony wlewu paliwa.
Wlew jest więc uniesiony ku górze. Zaczyna się tankowanie. Pod koniec właściciel wraz z obsługą stacji buja furą na boki z całej siły i jeszcze dotankowuje paliwa. Drugi kierowca robi tak samo.
Co tu się właśnie stało? Paliwo w Albanii jest droższe niż w Macedonii. Kierowcom opłaca się pojechać po paliwo do Macedonii. Tyle, że żeby uniknąć dodatkowych opłat tankują teoretycznie tyle ile może zatankować ich auto. Unoszenie auta i bujanie na boki jest po to, żeby uciekało powietrze a do zbiornika weszło jeszcze więcej paliwa. Wow! W życiu nie myślałem, że będę świadkiem takiego zdarzenia ;) . Spijamy kawę i lecimy. Kierunek – jezioro Mavrovo!
Na miejsce docieramy jakoś około godziny 13:00. Żeby zobaczyć miejscowość położoną nad samym jeziorem trzeba ostro zboczyć z trasy. Postanawiamy jedynie cyknąć kilka fot i jechać dalej w kierunku miejscowości Ochryda położonej nad jeziorem o takiej samej nazwie. W trasie jedziemy przez między innymi remontowane czy budowane drogi. Auta na szutrówkach zwalniają do minimum a my dzięki temu możemy przeskakiwać do przodu. Taka nawierzchnia nie robi na naszych maszynach żadnego wrażenia. Jedziemy przez szerokie dwupasmowe przyszłe autostrady/ekspresówki oraz odcinki kręte prowadzące lekko pod górę.
Na jednym z tych odcinków zamieniamy się motocyklami. Ja mam okazję spróbować jazdy na „nowej Afryce” z DCT. Mario objaśnia mi co i jak. Droga jest szeroka, ruch umiarkowany, zakręty. Jest raczej bezpiecznie. Ruszam i… Honda reaguje NATYCHMIAST na każdy mój ruch nadgarstka. WOW! No jest żwawo. Lecimy. Z wydechu dociera do mnie głośny dudniący warkot a to jest standardowy wydech! Mój Trampek na akcesoryjnym wydechu i to bez DB Killera jest zdecydowanie bardziej cichy. Afryka posłusznie wykonuje wszelkie polecenia. Kanapa umiarkowanie wygodna ale pozycja ogólna – petarda! Jak to jedzie! Wychodzenie z każdego kolejnego zakrętu to coraz większa zabawa!
Zatrzymuję się na poboczu i czekam na Mariusza, który teraz goni mnie na moim osiołku ;) Zamieniamy się z powrotem. Ruszam i pierwsze wrażenie – Mario zepsuł mi Trampka. Coś nie jedzie! Już zaczynam myśleć co się mogło stać kiedy uświadamiam sobie – jedziemy pod górę, mam tu połowę mocy Afryki… Paweł! Trampek TAK właśnie jedzie… Żadnej awarii tu nie ma ;) Szybko przepraszam się ze swoim motocyklem i lecimy dalej. W swoim tempie ale do przodu.
A tak serio – o ile na prostych Mariusz odskakuje dość szybko o tyle na zakrętach lecimy już raczej razem. Później Mariusz przyznaje, że cechą, która mu się w Trampku spodobała jest to, że on praktycznie sam pokonuje zakręty. Tak. Japończycy genialnie go zaprojektowali i pokonywanie zakrętów na tej maszynie to czysta radość. Wystarczy lekki ruch biodrem żeby zapoczątkować zmianę kierunku jazdy.

Do Ochrydy docieramy chwilę po godzinie 15:00. Jesteśmy nad samiutkim Jeziorem. Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć i idziemy do jednej z restauracji na obiad. Dzisiaj mamy już luz. Miejsce na nocleg wybrane, niedaleko od nas. A w perspektywie jeszcze kolejny dzień zaplanowanego odpoczynku. Gadamy o trasie, dzwonimy do domów itd. Totalny luz. Na miejsce docelowe docieramy jakoś godzinkę później. To mały hotel/pensjonat ale z dużym parkingiem i świetnymi warunkami w pokojach. Właściciel prosi nas na wjeździe o dwie rzeczy. Przeparkowanie motocykli jak już się rozpakujemy tak aby zajęły mniej miejsca i… żebyśmy pokojowymi ręcznikami nie czyścili motocyklowego sprzętu. Ta druga prośba jest tak dziwna, że muszę pociągnąć temat.
Pytam człowieka o co chodzi. Wyjaśnia mi, że ręczniki są białe i po takiej akcji musi je po prostu wywalać. Nie da się tego doprać. Pytam go jeszcze raz z niedowierzaniem: Ludzie myją sobie sprzęty kąpielowymi ręcznikami? Serio? Tak… A najlepsze jest to, że jeśli ktoś potrzebuje to ja mam masę ścierek do takich celów i chętnie udostępniam! WOW. Jesteśmy w lekkim szoku.
Idziemy się lokować do pokoi. Po chwili przestawiamy motocykle tak, jak prosił właściciel obiektu. W Ochrydzie mamy dzień postoju a więc dzisiaj ruszamy w miasto! Tego wieczora oglądamy starą część miasta, liczne meczety, stare uliczki. Próbujemy lokalnych specjałów. Apropos… Wychodząc z hotelu pierwszy raz widziałem jak rośnie kiwi ;). Poszliśmy zobaczyć jezioro, ponieważ hotel był położony niemal nad jego brzegiem. Spory akwen, z nieźle utrzymaną infrastrukturą. Ciekawe miejsce na wakacje.
Oprócz nas nad jeziorem spacerował jakiś lokales z psem. Oczywiście pies niemal od razu podbiegł do Pyry i zaczął się z nim bawić. Pan właściciel nieco niepewnie przywołał psa i ruszył przed nami w kierunku zabudowań. Po chwili z plaży wyszliśmy i my. Idąc w stronę miasta zauważyliśmy iż ów jegomość dość bacznie się nam przygląda. Kiedy doszliśmy do niego zapytał:
- Hi, Guys where are You from?
- Poland!
- Oh great. I’ve bean there two times. Do You want to taste my home made Rakija?
- Of course!
I w taki oto sposób po chwili siedzieliśmy u nowo poznanego kompana na posesji racząc się jego Rakiją, którą produkuje z porastających jego posiadłość winogron. Oczywiście konsumpcji towarzyszyła bardzo miła rozmowa.
Po krótkiej rozmowie i degustacji zacnego napitku wymieniamy serdeczności i udajemy się w stronę miasta. Na jutro mamy zaplanowaną pauzę więc można dzisiaj poszaleć nieco dłużej. Ten wieczór skończy się dla nas późno ;) Bardzo późno. Najważniejsze, że bez problemów trafiamy na miejsce spoczynku.
STO LAT WOJTEK!

Kolejne śniadanie początkowo przebiega w ciszy. Cóż… Uroki dnia następnego. Nastroje jednak dopisują bardzo. W jadalni jesteśmy już wszyscy poza braćmi B. I świetnie się to złożyło, bo Wojtek dokładnie dzisiaj obchodzi swoje urodziny. Oczywiście tortu nikt tu ze sobą nie wiózł ALE… Na śniadanie są między innymi muffinki. Pyra szybko dogaduje się z Panem z obsługi i załatwia świeczkę oraz ogień. W efekcie po wejściu Wojtka odśpiewujemy gromkie 100 lat, Wojtek wymyśla życzenie i zdmuchuje "świeczki na torcie”. Nie ma lipy. Wszystko dokładnie tak jak powinno być… ;)
Z w/w okazji również tego dnia pozwalamy sobie na nieco więcej luzu. Oczywiście wszyscy pamiętamy, że jutro rano start więc impreza kończy się jakoś po południu.
DZIEŃ SIÓDMY - MOSTAR
Poranek następnego dnia to pobudka kilka minut po 6. Dzisiaj chcemy dolecieć aż do Mostaru. Z Ochrydy mamy więc niezły kawałek + przekraczanie granic. A to zawsze zajmuje czas. Jaki jest dokładny plan? Z Macedonii przez Albanię lecimy do granicy z Czarnogórą. Następnie przelatujemy ten kraj i meldujemy się w Bośni i Hercegowinie. Dzisiejsza Albania to już typowy tranzyt. Jestem w szoku jak mocno rozbudowany jest system dróg wokół Tirany. Ogromne wrażenie robi też architektura. Tutaj na pewno chciałbym kiedyś wrócić.
W Bośni i Hercegowinie lądujemy krótko po godzinie 17:00. Zatrzymujemy się tu na szybką kawę i przy okazji pozbywamy się naszych nieodłącznych na tym wyjeździe przeciwdeszczowych kurbaczków. Wygląda na to, że dzisiaj nie będą nam już potrzebne. Miejsce, w którym stoimy to parking nad Bilecko Jezero. Okolica wygląda przepięknie!

Od kilkudziesięciu kilometrów droga odbiła od głównej i przelatywaliśmy przez małe miejscowości i wioski. Tak Czarnogóra jak i za chwilę Bośnia i Herzegowina witały nas tutaj widokami znanymi z Polski z dzieciństwa. Dookoła roztaczały się tereny wiejskie. Cisza, spokój i lekko zachodzące słońce, do tego co jakiś czas na pastwiskach stada zwierząt. Niczym nadzwyczajnym nie jest też fakt, że raz na jakiś czas zwierzęta wychodzą na drogę lub są nią prowadzone więc trzeba zachować ostrożność. Ale jedzie się idealnie!
Przewijając szybko do przodu – po kilku godzinach docieramy do zaplanowanego Mostaru. Jest jakoś po 19:00 kiedy zatrzymujemy się w samiutkim centrum starego miasta na znanym nam z wcześniejszych wypadów w to miejsce wypraw. Pyra z Wojtkiem od razu kierują się załatwić nam miejsce do spania. Znają je ze swojej wcześniejszej wyprawy. Miejscówka jest położona idealnie. Wychodząc z bramy jesteś od razu w samym centrum wydarzeń Mostaru. Jednocześnie dysponuje zamykanym podwórzem, na którym spokojnie mieści się kilka motocykli.
Udaje się złapać jeden pokój na nas 5. Do dyspozycji są 4 łóżka. Właściciele kręcą nosem, że będzie nam niewygodnie, że to tak nie wypada ludzi upychać… Tak. Tak tu wygląda gościnność. Oni się autentycznie martwili o nasz komfort. W końcu dają się przekonać, pokazując, że mamy materace i cały sprzęt więc damy sobie radę. Pakujemy się do pokoju, wyciągamy z kufrów tylko potrzebne rzeczy, szybkie kąpiele i ruszamy coś zjeść.

W Mostarze pierwszy raz byłem podczas wyprawy w maju/czerwcu. Wtedy przybyliśmy tu na skuterach 125! ;) Architektura tego miejsca robi piorunujące wrażenie. Dokładnie widać tu styk dwóch kultur. Do tego legendarny most, pyszne jedzenie i wieczór mija nam w bardzo dobrych nastrojach. W łóżkach zalegamy niedługo później. Dzisiejszą podróż powoli czuć w tzw 4 literach a jutro chcemy dotrzeć aż nad Balaton.
DZIEŃ ÓSMY - BALATON i WĘGIERSKI SCHABOWY
Kolejnego dnia rano wita nas słońce! Uśmiechy od ucha do ucha. Jest szansa złapać pogodę nad Balatonem! Ruszamy dość szybko, bo przed 7:30 już jesteśmy w siodłach. Przedzieranie się przez Mostar bywa męczące ze względu na korki ale tym razem wychodzi nam to bardzo sprawnie! Tankujemy za miastem i zaczynamy po prostu tranzyt nad Balaton. Dzisiejszy dzień to już typowo powrót. Jazda, tankowanie, jazda, tankowanie, szybkie jedzenie, jazda itd. Przed nami jakieś 9h jazdy.
Wjazd do Chorwacji i Unii Europejskiej zaliczamy w pięknym słońcu. To ważny moment na tym wyjeździe, bo to ostatnia odprawa paszportowa. Mimo, że przed nami jeszcze kilka krajów zanim wrócimy do domu. Kilka kilometrów później na którejś ze stacji szukamy miejsca na nocleg nad Balatonem. Pyra podaje mi nazwę domu gościnnego. Potwierdzamy to chyba z 3 razy. Węgierska mowa jest jedyna w swoim rodzaju…
Lecąc jakimiś głównymi drogami stawka się rozciąga. Ale leci ze mną Piotrek i Mario więc nie przejmujemy się. Na postojach Piotrek upewnia się, że mam włączoną nawigację, bo jemu pokazuje inaczej. Ale ja pewny swego prowadzę stawkę. Zjeżdżamy na stację sprawdzamy. Mamy wbite w nawigację dwa różne miejsca o nazwach wyglądających IDENTYCZNIE! O co tu chodzi?! Przecież mowa o różnych miejscowościach… Okazuje się, że faktycznie. Są dwa domy o takiej samej nazwie i bardzo podobnie brzmiącym adresie! Ponownie – węgierska język trudna język… Co zrobić… Modyfikuję wpis w nawigacji i startujemy. Niestety przez to niedopatrzenie mamy do chłopaków kilkadziesiąt kilometrów…
Na szczęście na miejsce zajeżdżamy jeszcze w promieniach słońca ;) Montujemy się w pokojach, szybki prysznic i siadamy poszukać miejsca z jedzeniem. Okazuje się, że w okolicy otwarta jest jedna restauracja. W środku pełno ludzi. Obsługa początkowo kompletnie nas ignoruje ale wreszcie udaje się zamówić coś do jedzenia.
Stolik obok gwarny wieczór zaliczają Czesi. Wiemy, bo w rozmowie między sobą któryś z nas używa tzw. „przecinka” Co podłapują nasi sąsiedzi. Jeden z nich wypala: „Kurwa mać?” ja znam to. I jeszcze „Ja pierdole” i wszyscy wybuchamy śmiechem. Czesi przyjechali zrobić konkretną trasę rowerami wokół Balatonu. Rozmawiamy i opowiadamy skąd my jedziemy. W międzyczasie przychodzi nasze jedzenie, dwie kolejki czegoś do picia, gdzie wznosimy toasty wspólnie z Czechami a na koniec nasi południowi sąsiedzi częstują nas swoimi domowymi specjałami ułatwiającymi prowadzenie wieczornych rozmów. Wieczór mija nam w genialnej atmosferze. Jedzenie bardzo OK choć kilku z nas mięso wydaje się być lekko za słone. Przyczynę osobiście poznam dnia następnego…
DZIEŃ DZIEWIĄTY - DO DOMU!
Wstajemy bardzo wcześnie. Marzy nam się kąpiel w Balatonie. O 7:30 jesteśmy już nad jeziorem ale brzeg jest szczelnie odgrodzony różnego rodzaju płotami i bramkami. Nie ma miejsca żeby dostać się do wody! Zawiedzeni wracamy pakować sprzęt. Dzisiaj czeka nas ponad 600 km do domu a mnie w głowie zaczyna kiełkować plan żeby jeszcze dzisiaj (jest sobota) dotrzeć do Justyny i dzieciaków nad jezioro do Wielenia, gdzie spędzają wspólnie czas z dużą grupą naszych znajomych. Nie wiem jak i czy to się uda, bo od kilku dni docierają do nas informacje o powodziach w Polsce. W sobotę wygląda na to, że Wrocław wytrzyma ale fala ma zacząć docierać do Głogowa czyli dokładnie w tereny, przez które miałbym przejeżdżać.
Moje przemyślenia przerywa… Wczorajsze dziwnie słone mięso. Na pewno widzieliście na filmach sytuacje kiedy człowiek biegnie w TO miejsce ostatkiem sił na piętach. Żołądek odstawia mi taki brak dance, że poważnie obawiam się czy zdążę! Spocone czoło, płytki oddech, zimne poty na plecach. No koniec! Nie doniosę! ;)
Na szczęście udało się ale czegoś takiego nie przeżyłem nigdy! Gospoda, w której gościliśmy chyba pozbywała się pozostałości po sezonie. Mocno posolony schab miał maskować jego nie pierwszą świeżość. Biorę jakieś leki na żołądek. Pakujemy sprzęty. Czas start.

Jazda ostatniego dnia przebiega szybko. Węgry przelatujemy uważając tylko na bardzo gęsto rozsianą sieć fotoradarów. Czechy mijają nam początkowo autostradami a bliżej domu malowniczymi drogami górskimi. Widoku powodzi jak na razie zero. Nawigacje też nie pokazują żadnych problemów. Bliżej Polski orientuję się, że będzie to moja pierwsza okazja przejechać się tunelem S3 otwartym dosłownie kilka tygodni wcześniej. Trasa ta robi niesamowite wrażenie.

W położonym niedaleko Świebodzic Dobromierzu robimy pożegnalną fotę tego wyjazdu. Jest 17:30. Stąd rozjedziemy się w swoje miejsca. WOW! Dojechaliśmy. Mój 20 letni Trampek miał pierwszą okazję pokazania mi do czego został zaprojektowany. Po 12 latach wspólnego jeżdżenia dopiero teraz zrozumiałem do czego stworzyli go inżynierowie Hondy. To idealny turysta. Nie jest demonem przyspieszenia czy prędkości. Z wyglądu też bliżej mu do Multipli niż sportowego Ferrari. Ale za to jak wskażesz sobie palcem dowolne miejsce na mapie to o ile nie jest to po środku oceanu najprawdopodobniej uda Wam się tam razem bez awaryjnie dotrzeć. A jeśli już coś się w trasie ze sprzętem będzie działo to będzie to jakiś nieistotny szczegół lub jeśli coś poważnego – niemal na całym świecie znajdziesz kogoś kto będzie umiał go naprawić ;).
17:30 oznacza, że nad wspomniane jezioro dotrę krótko przed 21:00. A to dobry czas. Tęsknota za rodziną wygrywa. Ruszam w dalszą trasę. Oznacza to, że tego dnia zrobię w siodle 760 kilometrów. Znad Balatonu dotrę do Wielenia ;). Początkowo S3 jedzie się idealnie. 120 km/h zapięte, zachodzące słońce, muzyka gra. Jest świetnie. W okolicach Głogowa zaczynam dostrzegać pierwsze oznaki wielkiej wody. Na polach utworzone są małe jeziora. Sam Głogów przelatuję w momencie kiedy przez miasto zaczyna przechodzić fala kulminacyjna. Woda dosłownie muska mosty od spodu! Jest pełno wojska, niektóre ulice zamknięte ale udaje mi się minąć miasto dość sprawnie. I jakoś wtedy zaczyna mnie dopadać zmęczenie. Jestem już konkretnie przeorany. Trasa daje się we znaki. Na miejsce docieram kilka minut po 20:00. Krzychu przylatuje się przywitać mocno zaskoczony moim widokiem. Justyna uśmiecha się widząc jak wjeżdżam na teren ośrodka. Jest ognisko, jest rodzina, są znajomi, jest jezioro – idealne zakończenie dnia!

PODSUMOWANIE
Ten wyjazd stał pod dużym znakiem zapytania. Szalejący niż i związane z nim powodzie kazały nam poważnie się zastanowić czy to robić. NA szczęście w ekipie wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że pogoda nie daje żadnych gwarancji i tak naprawdę nie wiadomo co będzie.
Zmokliśmy? TAK, Dostaliśmy aurą po dupie? TAK, czy była szansa na rozbicie campingu, który taszczyliśmy ze sobą? TEORETYCZNA, Czy były problemy? TAK. Czy żałuję wyjazdu? NIE! To był trudny ale jeden z najlepszych wypadów na motocyklu. Widoki, jedzenie, ludzie, kultura i wszystko inne sprawiły, że dzisiaj praktycznie nie pamiętam o tym zakichanym deszczu. To co zostało mi w głowie to uśmiechy, to wspólne pokonywanie trudności, to widok drogi przede mną, to dźwięk silnika wydawany przez mój motocykl. Było pięknie! Mogłem poznać „swój” rodzaj podróżowania. Dziwnym trafem ten, do którego stworzony jest Trampeusz. No i był czas na bycie tu i teraz a to w jeździe motocyklem też bardzo lubię!
Dziękuję Pyrze za (jak zwykle) genialnie zorganizowaną wyprawę. Trasa, noclegi, żercie no i atmosfera były jak zwykle petarda. Reszcie ekipy za towarzystwo i rozmowy w Interkomie. Szacun Panowie! Na koniec dziękuję Justynie za to, że mogłem sobie pozwolić na taki męski tygodniowy wypad na koniach ;)
